Dziś, 18 września 2026, na ekrany kin w Polsce i na świecie wszedł nowy Resident Evil Zacha Creggera. Po dwóch dekadach filmowych adaptacji serii Capcomu, które zwykle albo odjeżdżały w stronę widowiskowej akcji z Alice, albo próbowały upchać na siłę jak najwięcej postaci z gier, pojawił się film, który od początku zapowiadał coś innego. Nie jest to kontynuacja cyklu Paula W.S. Andersona, nie jest to też poprawiona wersja Welcome to Raccoon City. To osobna historia, osadzona w tym samym świecie, opowiedziana z perspektywy człowieka, który nie miał być bohaterem. Powstał film, który oddaje doświadczenie grania, a nie tylko logo na plakacie.
Franczyza, która zdążyła się zmęczyć, i reżyser, który nie chciał jej naprawiać po staremu
Seria filmowa Resident Evil zaczęła się w 2002 roku filmem Andersona z Millą Jovovich. Potem przyszły kolejne części, aż do The Final Chapter w 2017. W 2021 Johannes Roberts spróbował wrócić bliżej gier w Welcome to Raccoon City. Był jeszcze serial Netflixa. Łącznie poprzednie tytuły zarobiły na świecie ponad miliard dwieście milionów dolarów, ale krytycznie i wśród części fanów gier marka filmowa dawno straciła zaufanie. Kolejne produkcje albo oddalały się od klimatu pierwszych PlayStation, albo tonęły w fanowskich checklistach.
Sony zdobyło prawa po licytacji, w której startowały też m.in. Warner Bros. i Netflix. Za kamerą stanął Zach Cregger, człowiek po Barbarzyńcy i po Zniknięciach, które w 2025 stały się hitem kasowym i dały Oscar dla Amy Madigan. Cregger współtworzył scenariusz z Shayem Hattenem, znanym między innymi z John Wicka. Producentami są Constantin Film, PlayStation Productions, Vertigo Entertainment i Columbia Pictures. Budżet wynosi około siedemdziesięciu pięciu do osiemdziesięciu milionów dolarów. Film kręcono z myślą o IMAX.
Cregger od początku mówił wprost, że nie chce robić ekranizacji konkretnej części gry. W wywiadach podkreślał, że zależy mu na oddaniu przeżycia z padów: jednej postaci, która idzie z punktu A do punktu B i z każdą minutą zapada się głębiej. Porównywał to do Froda idącego do Mordoru, z tą różnicą, że jego bohater nie jest wybrańcem, tylko kurierem, który wziął zlecenie za podwójną stawkę. Świadomie zrezygnował z Leona, Claire, Jill i Chrisa, bo uważał, że ich pojawienie się rozbiłoby historię, którą chciał opowiedzieć. Po pierwszych pokazach Cregger mówił, że bał się, iż zostanie „rozszarpany”, ale film spotkał się z recenzjami, które oceniają go na jego własnych warunkach, a nie jako listę życzeń z wiki.
Jak powstał film, którego nikt nie kręciłby chętnie zimą
Zdjęcia zaczęły się 10 października 2025 w Pradze i trwały do stycznia 2026. Czeska stolica i okolice, w tym Litoměřice oraz górskie tereny, zagrały Raccoon City w Kolorado. Ekipy zamieniały dzielnice Holešovice i Karlín w amerykańskie ulice: sztuczny śnieg, tablice rejestracyjne z Kolorado, rozbite auta, krew na asfalcie. Ulica Přístavní w Holešovicach stała się jednym z największych praktycznych planów filmu. Lokalną produkcję obsługiwało Stillking Films, a wsparcie dał Czeski Fundusz Audiowizualny.
Cregger opowiadał później, że to był najtrudniejszy plan w jego karierze. Przez pierwszą połowę zdjęć miał zapalenie płuc, przez drugą campylobacter. Film dzieje się prawie w całości nocą, więc ekipa żyła w rytmie nocnym przez miesiące, w mrozie. Jedną z najcięższych scen uznał pościg z psem na farmie: zwierzę, które miało być przerażające, było przerażające także poza kadrem, a reżyser wspominał, że w pewnym momencie wolałby być gdziekolwiek indziej na świecie. Austin Abrams, który prawie nie schodzi z ekranu, mówił, że dopiero na planie zrozumiał, jak fizycznie wymagająca jest rola. Czytał scenariusz i wyobrażał sobie, że będzie dużo chodzenia. Okazało się, że będzie dużo biegania o życie.
Muzykę napisali bracia Hays i Ryan Holladay, którzy wcześniej pracowali z Creggerem przy Zniknięciach. Ścieżka jest syntetyczna, oszczędna, czasem kojąca skojarzenia z Carpenterem, ale nie jako czysty hołd. Album ukazał się razem z premierą kinową. Zdjęcia zrobił Dariusz Wolski, operator znany z filmów Ridleya Scotta. Montaż: Joe Murphy. Silna krwawa przemoc, gore i wulgaryzmy przez cały film. W Polsce premiera zbiegła się z amerykańską.
Światowa uroczysta premiera odbyła się 15 września w Los Angeles, potem film pokazano na Fantastic Fest 17 września, a 18 września wszedł do szerokiej dystrybucji, w tym na ekrany IMAX.

Jedna noc, jeden kurier, jedno miasto, które przestaje być miastem
Oficjalny opis jest krótki i celowo taki zostawiony. Bryan, grany przez Austina Abramsa, wozi organy między szpitalami. Późną zimową nocą bierze dodatkowe zlecenie: dostarczyć pojemnik do Raccoon General Hospital. Jedzie przez góry, rozmawia przez telefon, rozprasza się, potrąca kobietę na jezdni. Próbuje zawieźć ją do szpitala i wtedy okazuje się, że w mieście coś już się dzieje. Wirus, mutacje, ludzie, którzy przestają być ludźmi. Umbrella pojawia się w historii nie jako tło z cutscenki, tylko jako konkretni ludzie, którzy wiedzą więcej niż kurier z furgonetką.
To wszystko, co warto wiedzieć przed seansem. Kolejne lokacje, kolejne zagrożenia, coraz mniejszy margines błędu. Farma, opuszczony dom, przyczepa, ulice miasta, szpital. Cregger powtarzał, że chciał, żeby film był „jedną gigantyczną sekwencją”, która zaczyna się serio po kilku minutach i nie puszcza do napisów. W testowych pokazach publiczność uznała wersję za zbyt śmieszną. Reżyser wyciął część żartów i sam stwierdził, że film mu się przez to bardziej spodobał. Humor został, ale jako napięcie i reakcja przestraszonego człowieka, nie jako gag co dwie minuty.
Austin Abrams i reszta ludzi, którzy nie wyglądają jak okładka gry
Abrams zagrał już u Creggera w Zniknięciach. Rola przełomowa, everyman, Facet, który krzyczy i przeklina tak, jak krzyczałby ktoś naprawdę wrzucony w apokalipsę bez przeszkolenia. Jest na ekranie niemal bez przerwy, często w ujęciach subiektywnych albo tuż przy kamerze. To nie jest bohater, który w połowie filmu nabiera supermocy. To ktoś, kto ma dowieźć paczkę i nie umrzeć.
Paul Walter Hauser pojawia się jako Carl, człowiek związany z Umbrellą. Intensywność oraz komediowy timing. Kali Reis gra Pauline, Zach Cherry Dave’a, Johnno Wilson Maxa. To nie jest obsada zbudowana pod memy z konwentu. To aktorzy, którzy mają udźwignąć jedną noc chaosu, a nie dwugodzinną mitologię korporacji.

Horror, który śmieje się w tym samym kadrze, w którym ktoś traci twarz
Jest napięcie, jest obrzydzenie, są jump scare’y, z których przynajmniej jeden bywa nazywany mistrzowskim, i jest dużo body horroru: macki, deformacje, rzeczy wychodzące z ciał w sposób, który przywołuje The Thing i Evil Dead bardziej niż poprzednie kinowe Resident Evil. Jednocześnie film jest zabawny. Nie kampowy jak stare części Andersona, tylko czarny, fizyczny, często oparty na tym, jak nieporadnie zwykły człowiek reaguje na potwora. To rzadki film z gry, który działa od pierwszej do ostatniej minuty i jest tak samo histerycznie śmieszny, jak niepokojący. Ma się wrażenie, że gra sie w grze. Ciężko coś takiego stworzyć na ekranie. Tu się to udało bardzo!
To ważna różnica wobec wcześniejszych adaptacji. Tam albo była Alice skacząca po helikopterach, albo próba wiernego odtworzenia komisariatu i laboratorium, która i tak nie oddawała lęku z padów. Cregger poszedł w trzecią stronę: rytm survival horroru, eskalacja lokacji, poczucie, że każdy następny próg jest gorszy, plus humor człowieka, który nie powinien tu być. Dla jednych to jest wreszcie duch serii. Dla innych będzie za mało kanonu.
Jak to wygląda i brzmi, kiedy Praga udaje Kolorado
Wolski kręci szeroko, często blisko twarzy Abramsa, czasem tak, jakby kamera była kolejnym uczestnikiem ucieczki. Sztuczny śnieg, nocne neonowe światła, korytarze, które zwężają się wraz z akcją. Recenzenci chwalą charakteryzację i efekty: nie wszystko jest cyfrowe, a to, co cyfrowe, nie wygląda jak wygładzona cutscenka z 2012 roku. Scena na farmie, o której Cregger mówił jako o koszmarze produkcyjnym, wraca w recenzjach jako jeden z bardziej obrzydliwych i jednocześnie śmiesznych momentów. Szpital i ulice miasta dają filmowi skalę, której Barbarzyńca nie potrzebował, ale którą Cregger tym razem udźwignął bez utraty kontroli nad rytmem.
Dźwięk w Dolby Atmos i fakt, że obraz przygotowano pod IMAX, nie są tu ozdobnikiem marketingowym. To seans salowy. Śmiech w jednym rzędzie, wzdrygnięcie w drugim, ktoś zakrywający oczy przy mutacji, której nie da się opisać bez spoilera. Na telefonie i na kanapie część tej energii siądzie.
Dla kogo ten film jest, a dla kogo będzie rozczarowaniem
Jeśli ktoś kocha Resident Evil za klimat pierwszych części, za poczucie bezradności, za to, że amunicji jest za mało, a za rogiem zawsze czeka coś gorszego, ten film jest najbliżej tego doświadczenia ze wszystkich kinowych podejść. Jeśli ktoś kocha serię za lore, za konkretne postacie i za kanoniczne lokacje odwzorowane jeden do jednego, może poczuć niedosyt. Easter eggs są, Umbrella jest, Raccoon City jest, ale Cregger nie robi muzeum gry.
Jeśli ktoś lubi Creggera za Barbarzyńcę i Zniknięcia, dostanie to samo wyczucie timingu i perwersyjnego humoru, tylko w prostszej, bardziej linearnej formie. Ktoś nie znosi gore, nie powinien wchodzić. Jeśli ktoś chce dwugodzinnej sagi, też nie: film kończy się, zanim zdąży się rozrosnąć w uniwersum. To zarówno zaleta, jak i ograniczenie.
W Polsce dystrybucją zajmuje się United International Pictures. Tytuł został bez zmian. Na Filmwebie pierwsze oceny użytkowników i krótkie opinie krytyków układały się w podobny obraz co na Zachodzie: straszny, zabawny, bez dłuższych momentów nudy, z zastrzeżeniem, że „Residenta” jest w nim tyle, ile Cregger uznał za potrzebne, a nie tyle, ile fandom wypisałby na forum.

Co ten film mówi o adaptacjach gier w 2026 roku
Przez lata Hollywood albo wstydziło się gier i robiło z nich coś „poważniejszego”, albo wstydziło się kina i robiło z nich konwentowe Easter egg show. Cregger zrobił trzecią rzecz i akurat przy Resident Evil to zadziałało. Wziął mechanikę, nie checklistę, wziął lęk i rytm, nie biografię Leona oraz wziął jedną noc zamiast pięciu aktów mitologii. Recenzenci piszą wprost, że to może być najlepsza ekranizacja gry, jaka powstała, i od razu dodają, że poprzeczka wisiała nisko. Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie.
Film nie udaje, że zbawi gatunek. Jest B-movie zrobionym z A-klasowym wyczuciem tempa. Jest krótki, krwawy i świadomy, że publiczność w 2026 roku widziała już wszystko, więc trzeba albo być mądrzejszym, albo szybszym. Cregger wybrał szybkość z odrobiną mądrości i z dużą ilością śmiechu w momentach, w których inny reżyser puściłby tylko ryk potwora.
Na koniec dnia, 18 września 2026, w kinach leci film, na który fani serii czekali niekoniecznie w tej formie, ale którego nie mogą przestać chwalić za to, że wreszcie ktoś zrozumiał, czemu te gry działały. Nie dlatego, że miały najlepszy scenariusz na świecie. Dlatego, że przez dziewięćdziesiąt minut człowiek naprawdę nie chciał otwierać następnych drzwi, a i tak je otwierał.

