Spotkanie Henryka Bronowickiego z UFO nad Mielcem w 1984 roku.

bielecki
Tomasz Bielecki

Kim jest Henryk Bronowicki – legenda polskiego lotnictwa

Henryk Bronowicki urodził się 9 lutego 1948 roku w Kozłowie. Od początku kariery zawodowej był ściśle związany z WSK-PZL Mielec, gdzie pracował jako fabryczny pilot doświadczalny i inżynier lotniczy. Przez dekady oblatał setki nowych samolotów – od klasycznego An-2, przez rolnicze M-18 Dromader i M-20 Mewa, po odrzutowe TS-11 Iskra i M-28 Bryza. W sumie w jego logbooku znalazło się ponad czternaście tysięcy lotów i prawie dziesięć tysięcy godzin spędzonych w powietrzu. To nie jest człowiek, który szuka sensacji. Jest praktykiem, inżynierem i pilotem, który na co dzień testował maszyny pod kątem bezpieczeństwa, aerodynamiki i wszystkich parametrów technicznych. Właśnie dlatego jego relacja z 1984 roku jest traktowana jako jedna z najbardziej wiarygodnych w całej polskiej historii spotkań z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi.

Henryk Bronowicki sfotografowany po oblocie drugiego prototypu samolotu PZL I-22 Iryda. Fot. Archiwum Henryka Bronowickiego, źródło: Wikipedia, Zalatani – Praca własna, CC BY-SA 4.0

Piątek 13 lipca 1984 roku – dzień, który zaczął się zupełnie rutynowo

Tego dnia pogoda w Mielcu była piękna – bezchmurne niebo, idealne warunki do lotów testowych. Henryk Bronowicki miał wykonać trzeci lot programowy na samolocie TS-11 Iskra po usunięciu usterek. Dwa dni wcześniej sprawdzili już system hermetyzacji kabiny do wysokości jedenastu tysięcy metrów, więc tego dnia planowali lot tylko do pięciu–sześciu tysięcy metrów. Po przerwie obiadowej pilot przyjechał na lotnisko fabryczne, wysiadł z samochodu i od razu zauważył, że coś jest nie tak.

Wszyscy pracownicy na płycie startowej – mechanicy, kierowcy, obsługa startu – stali w bezruchu i patrzyli w górę w jeden punkt. Nad lotniskiem wisiała ogromna, srebrzysta, metaliczna kula. Była całkowicie nieruchoma, mimo że wiał lekki wiatr o prędkości około pięciu metrów na sekundę. Bronowicki od razu wykluczył balon meteorologiczny, bo ten dryfowałby z wiatrem, a ta kula stała w miejscu jak przyklejona. Obiekt był widoczny gołym okiem z ziemi i przez lornetki z wieży kontrolnej. Wcześniej, około szesnastej trzydzieści, pojawił się nad Rzeszowem. Mieszkańcy dzwonili na lotnisko w Jasionce, bo kula wisiała nad miastem. Port lotniczy w Rzeszowie został nawet chwilowo zamknięty dla ruchu ze względów bezpieczeństwa. Potem obiekt powoli przesunął się nad Mielec i zawisł dokładnie nad fabrycznym lotniskiem, gdzie pozostał przez ponad pół godziny.

Reakcja kierownika lotów i decyzja o sprawdzeniu obiektu z powietrza

Kierownik lotów, Kazimierz Lubertowicz, skontaktował się z Bronowickim i poprosił go o sprawdzenie obiektu w powietrzu. Pilot zadzwonił na wieżę i usłyszał jasną prośbę: po wykonaniu zaplanowanego zadania podlecieć do kuli i zobaczyć, co to właściwie jest. Na pokład TS-11 Iskra wsiadł jako obserwator Henryk Lubera – starszy pan z kontroli technicznej, bardzo lubiany w całym zakładzie. Nie zabrali masek tlenowych, bo lot miał być stosunkowo niski.

Bronowicki wystartował, spokojnie wykonał wszystkie zaplanowane próby, w tym między innymi korkociągi, a potem otrzymał zgodę na podejście do obiektu. Radar wojskowy w Sandomierzu śledził tylko samolot – kuli na ekranie nie było w ogóle. Ani na radarach cywilnych, ani wojskowych.

Gdy Iskra zbliżała się do kuli z prędkością około pięciuset kilometrów na godzinę, Bronowicki delikatnie wszedł w wznoszenie, planując minąć obiekt w odległości zaledwie kilku metrów. Zbliżali się z odległości kilkuset, może pięciuset metrów, kiedy kula nagle ruszyła. Zaczęła się idealnie dostosowywać do prędkości samolotu i utrzymywać stały dystans około stu metrów. Nie dało się podejść bliżej – obiekt jakby sam decydował o odległości.

Grafika redakcji

Szczegółowy opis srebrzystej kuli według słów pilota doświadczalnego

Kula miała średnicę co najmniej dwudziestu pięciu metrów – była dwa razy większa od Iskry. Jej powierzchnia była niezwykle srebrzysta, jakby wypolerowane srebro, i tak mocno odbijała promienie słoneczne, że raziła w oczy. Powoli wirowała wokół pionowej osi. W dolnej części miała wyraźną ciemniejszą plamę – jakby inny materiał lub inną fakturę powierzchni. Nie była idealnie kulista, lecz lekko wydłużona.

Obiekt zaczął nabierać wysokości razem z samolotem. Bronowicki i Lubera weszli na siedem tysięcy pięćset metrów – bez masek tlenowych, tylko na węże z butli, co było bardzo ryzykowne. Kula cały czas utrzymywała dystans i poruszała się w sposób, który dla pilota-inżyniera był absolutnie niezrozumiały. Bronowicki wielokrotnie podkreślał: lecąc odrzutowcem z dobrą aerodynamiką, dla nich sześćset pięćdziesiąt kilometrów na godzinę nie stanowiło problemu. Ale ta gigantyczna metalowa kula zachowywała się, jakby leciała w próżni. Nie było turbulencji, śladu spalin, żadnego dźwięku. Kula o takim kształcie i rozmiarze powinna być ogromnym hamulcem aerodynamicznym, a ona przyspieszała i manewrowała bez najmniejszego wysiłku. Pilot mówił wprost: „Jak ta kula pokonała barierę oporu powietrza? Do dziś nie mogę tego zrozumieć”.

Gdy przekroczyli bezpieczną wysokość, Bronowicki zgłosił przerwanie zadania i zaczął schodzić. Z wieży kontrolnej natychmiast usłyszeli komunikat: „Obiekt schodzi za wami!”. Po lądowaniu kula znów zawisła dokładnie w tym samym miejscu co przed startem. Pilot wysiadł z samolotu razem z Luberą. Razem z mechanikami i resztą obsługi dyskutowali jeszcze kilkanaście–kilkadziesiąt minut, obserwując zjawisko. W końcu kula ruszyła z dużą prędkością w kierunku południowo-zachodnim – na Tarnów i Kraków – i to pod wiatr, który wcześniej wiał z zachodu.

Grafika redakcji

Dlaczego relacja Bronowickiego jest jedną z najbardziej wiarygodnych w Polsce

Bronowicki sam przyznaje, że jako pilot doświadczalny z tysiącami lotów na różnych typach samolotów widział wiele dziwnych zjawisk zarówno w dzień, jak i w nocy. Ale to było coś zupełnie innego. Szkoda tylko, że nikt wtedy nie miał przy sobie aparatu fotograficznego. W swojej książce „Pilot doświadczalny” opisuje całe wydarzenie z ogromną precyzją, cytując świadków z ziemi i fragmenty artykułów prasowych z tamtego okresu. Prasa w 1984 roku pisała o tym głośno – między innymi „Kurier Polski” zatytułował tekst „Z całą pewnością UFO”, a relacje ukazały się też w „Nowinach”, „Głosie załogi” i „Dzienniku Polskim”. Mamy tu dziesiątki osób na ziemi, kierownika lotów, drugiego członka załogi i fakt, że obiekt nie pojawiał się na radarach. Cała relacja jest spójna od 1984 roku aż do dziś – bez żadnych zmian i bez koloryzowania.

Pilot do tej pory powtarza, że nie wie, czym dokładnie był ten obiekt, ale na pewno nie był to balon, samolot ani żaden znany mu obiekt latający. „To było coś, co sterowały inteligentne istoty – na pewno nie ludzie” – mówi otwarcie. Całą historię można usłyszeć bezpośrednio z ust Henryka Bronowickiego w filmie na jego kanale YouTube „Henryk Bronowicki – fabryczny pilot doświadczalny” zatytułowanym „Pościg za UFO nad lotniskiem fabrycznym w Mielcu”. Nagranie trwa około dwudziestu minut i jest absolutnie fascynujące – pilot opowiada spokojnie, z technicznymi szczegółami, jak prawdziwy fachowiec.

Przeczytaj również: Przewodnik po nocnym niebie: Najważniejsze zjawiska października 2025
Czy wszechświat to tylko materia, czy coś znacznie więcej? Starożytne tradycje mówiły o energii życiowej, a współczesna fizyka kwantowa odkrywa fascynujące podobieństwa między nauką a duchowością. Dowiedz się, jak fale kwantowe, nielokalność i rola świadomości łączą świat nauki z pradawną mądrością. Pełen artykuł na energiaiwiedza.pl — zapraszamy do odkrywania głębi energii i świadomości!
Co by było, gdybyś mógł opuścić własne ciało i spojrzeć na świat z perspektywy czystej świadomości? Roman Bugaj zabiera nas w intelektualno-duchową podróż po zjawisku eksterioryzacji – fascynującym i niepokojącym zarazem stanie, w którym umysł odkleja się od materii. To książka pełna relacji, teorii, kontekstów kulturowych i praktycznych wskazówek. Nie jest to tylko opowieść o „lataniu poza sobą” – to głębokie, choć niedzisiejsze, studium tajemnicy świadomości. Dla odważnych umysłów i niespokojnych dusz.
Czy sztuczna inteligencja zastąpi nauczycieli? Czy edukacja w dotychczasowej formie przetrwa? „Szkoła w czasach AI” Jowity Michalskiej to niezbędny przewodnik po rewolucji, która już trwa. Książka, która stawia kluczowe pytania o przyszłość nauczania, kompetencje jutra i etyczne dylematy. To mapa dla rodziców, nauczycieli i decydentów, jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości i mądrze wykorzystać technologię, by służyła człowiekowi. Czas przygotować się na szkołę przyszłości – dziś.