Pearson pochodzi z Suffolk, z East Anglia, i według tego, co sam o sobie mówi, nigdy nie poczuł potrzeby, żeby stamtąd uciekać. Tradycyjnym czarostwem zajmuje się od ponad trzydziestu pięciu lat. Prowadzi z mężem małą firmę z ziołami i rzeczami do praktyki. Ma zielarskie i homeopatyczne papiery, ale w tej książce nie robi z siebie lekarza ani guru. Pisze jak człowiek, który najpierw wyszedł za próg, a dopiero potem usiadł do biurka.
Oryginał ukazał się po angielsku w 2007 roku jako Treading the Mill: Workings in Traditional Witchcraft i wracał później w poszerzonych wydaniach. Fosforos dało mu polski tytuł, trzysta stron, format A5 i miękką oprawę ze skrzydełkami. To nie jest nowa książka wymyślona pod nasz rynek. To stary, sprawdzony warsztat, który wreszcie można przeczytać po polsku.
Angielski tytuł znaczy mniej więcej „deptać młyn”. Chodzi o konkretny sposób pracy w kręgu. Polski tytuł jest bardziej poetycki i przez to trochę obiecuje inny klimat. W środku i tak nie ma spektaklu. Jest kompas, drewno, zioło, dym, trans i relacja z tym, czego nie widać. Dla mnie to akurat na korzyść książki. Ładny tytuł przyciągnie, a treść nie rozczaruje kogoś, kto ma dość czarostwa z filtrem.
Pearson nie nawraca. Pokazuje, jak się to robi u niego
Największa zaleta tego tomu polega na tonie. Autor nie moralizuje i nie buduje kościoła. Mówi: oto jak ja to rozumiem, oto jak to robię, weź, czego potrzebujesz. W czasach, gdy każda druga książka o magii chce być jedyną słuszną mapą, taki spokój działa lepiej niż huk.
Pearson wyraźnie oddziela swoją ścieżkę od wicca i od neopogaństwa z księgarnianych bestsellerów. Nie pogardza nimi na każdej stronie. Po prostu pracuje innym słownikiem. Krąg jest u niego kompasem i miejscem, nie dekoracją. Różdżka nie spada z sklepu. Duch miejsca nie jest tłem do zdjęcia. To czarostwo, które ma brud pod paznokciami i pamięć konkretnego krajobrazu.
Dla polskiego czytelnika, który zna głównie koło roku, żywioły w czterech kolorach i ołtarz z kryształów, ta książka robi dobrą robotę. Nie wyśmiewa wstępu. Tłumaczy pojęcia, które inne tomy o traditional witchcraft często uznają za oczywiste. Można zacząć od niej, nie wstępując do żadnej grupy i nie czekając na inicjację. To dużo.

W środku jest warsztat, nie katalog życzeń
Książka idzie szerokim łukiem: najpierw przestrzeń i narzędzia, potem różdżka i drzewa, potem zaklęcia, zioła i mikstury, potem kadzidła, potem trans i gromadzenie mocy, na końcu duchy i zbliżenie do Mocy. Pearson nie sypie gotowcami na pieniądze. Powtarza coś, co w tej literaturze słychać za rzadko: zaklęcie nie jest silniejsze od człowieka, który je robi.
Najcieplej wspominam zapowiedź rozdziału o różdżce. Autor schodzi do drewna, do ducha drzewa, do tego, że narzędzie ma pochodzenie, nie tylko kształt. To jest ten rodzaj magii, który da się poczuć ręką. Nie trzeba wierzyć w nic spektakularnego, żeby zrozumieć, że gałąź wzięta z szacunkiem i gałąź kupiona byle gdzie to dwie różne rzeczy.
Druga rzecz, która w tej książce siedzi naprawdę dobrze, to praca z duchami. Pearson pisze o opiekunach miejsca, domu, o chowańcu, o fetch, o przodkach i o ludzie Faery tak, jak się pisze o sąsiadach, z którymi lepiej nie zaczynać od żądań. Relacja przed użyciem. Czas przed efektem. W polskiej recenzji, która pojawiła się po premierze, ktoś celnie zauważył, że to stoi w poprzek tym wszystkim tekstom, gdzie istota niewidzialna jest narzędziem. Zgadzam się. To jest najzdrowszy rys tej książki.
Trans, ochrona, skupienie i lot duszy są opisane bez cyrku. Pearson bywa tu pewny siebie bardziej, niż dziś by wypadało, zwłaszcza gdy mówi o wizualizacji. Nie będę tego lakierował. Da się to przeczytać i wziąć metodę, a zostawić ton. Reszta rozdziału i tak jest pożyteczna dla kogoś, kto chce pracować ciszej niż na rytuale z listą zakupów.
Fosforos zrobiło dobrą rzecz, nawet jeśli krajobraz zostaje angielski
Polskie wydanie chwalę za sprawny przekład i przypisy. Przy takiej książce to nie ozdoba. Pearson mówi językiem Wysp, drzew Wysp, pogody Wysp. Przypis potrafi uratować zdanie, które inaczej zostałoby ładnym dźwiękiem bez znaczenia. Fosforos od lat sprowadza właśnie takie pozycje: niekoniecznie modne, za to konkretne. Wznosząc krąg mocy wpisuje się w to lepiej niż w sezon na witchtok.
Trzeba powiedzieć wprost, że to nie jest podręcznik polskiego folkloru. Dąb, głóg i Suffolk nie zamienią się po tłumaczeniu w grab, jałowiec i Roztocze. Pearson i tak tego nie obiecuje. On cały czas wraca do jednego: pracuj tam, gdzie stoisz. Książka daje metodę i temperament. Resztę trzeba dołożyć własnym progiem, własnym lasem, własnymi zmarłymi. Dla mnie to uczciwsze niż udawanie, że magia jest wszędzie taka sama, byle kupić te same świece.
Kto zna już półkę traditional witchcraft, nie dozna olśnienia. Materiał jest znany, tylko złożony spokojnie i po ludzku. Kto zna głównie sieć i wicca, dostanie coś, czego w sieci prawie nie widać: magię bez pośpiechu i bez wystroju.

Komu to dobrze zrobi
Dobrze zrobi komuś zmęczonemu ładnym czarostwem. Komuś, kto chce pracować sam i nie szuka mistrza, komuś, kto woli zrobić narzędzie niż je kolekcjonować. Komuś, kto przeczuwa, że duch miejsca i pamięć domu znaczą więcej niż kolejny rytuał skopiowany z obrazka.
Gorzej trafi do osoby, która chce wyłącznie techniki „deptania młyna”, bo tytułu jest w środku mniej, niż nazwa sugeruje. Gorzej też do kogoś, kto potrzebuje twardej historii czarostwa albo atlasu polskich ziół. Pearson jest praktykiem, nie historykiem akademickim, i pisze miejscami dłużej, niż trzeba. Da się z tym żyć. Przy kubku herbaty ten spokojny tok nawet pomaga.
Nazwałbym ją solidną. A solidna książka o rzemiośle jest dziś rzadsza niż rewelacja. Pearson nie obiecuje, że po lekturze człowiek stanie się kimś innym. Pokazuje, jak wejść w relację z ziemią, z narzędziem i z tym, co mieszka obok, i jak robić to bez teatru. Fosforos dobrze zrobiło, że to przetłumaczyło. Warto mieć ten tom nie jako ozdobę półki, tylko jako książkę, do której wraca się po wyjściu z domu, kiedy już wiadomo, które drzewo rośnie za płotem.

