Proces czarownicy w Byczynie. Co naprawdę wiemy o Wzgórzu Czarownic, legendzie z Floriańskiej i śląskich polowaniach na czarownice

grok-image-59f07cb2-da1c-4860-a580-930cbf1e0038
Tomasz Bielecki

Byczyna leży na północy województwa opolskiego, w powiecie kluczborskim, i na pierwszy rzut oka wydaje się miastem, które historię nosi przede wszystkim w murach. Prawie kompletny pierścień ceglanych obwarowań, baszty, rynek i gotycki kościół tworzą obraz niewielkiego, dobrze zachowanego grodu, który w źródłach niemieckich figurował jako Pitschen, a w polskiej pamięci zapisał się między innymi bitwą z 1588 roku. Dopiero gdy zejść z rynku i ruszyć drogą w stronę Nasal, pojawia się inna warstwa opowieści o tym miejscu. Stoi tam krzyż. Nie jest to zwykły przydrożny znak pobożności. Mieszkańcy i lokalni animatorzy kultury od lat powtarzają, że wzniesienie przy tej drodze to Wzgórze Czarownic, a krzyż ma powstrzymywać powrót kobiety spalonej tu za czary.

To zdanie brzmi jak gotowy początek sensacji. Właśnie dlatego trzeba od razu powiedzieć, czego ta historia nie jest. Nie jest to sprawa tak precyzyjnie opisana aktami jak procesy z Nysy i Jeseníka, jak wielkopolskie sprawy z Kiszkowa czy jak bytomskie postępowania przed sądem wójtowskim. Publicznie dostępna wiedza o Byczynie składa się z trwałej legendy miejscowej, z relacji stowarzyszenia, które od kilku lat szuka dokumentów, z wyjątkowych odkryć archeologicznych na dawnym cmentarzu oraz z szerokiego kontekstu śląskich polowań na czarownice. Te cztery warstwy nie składają się w jeden, domknięty protokół sądowy. Składają się natomiast w opowieść o tym, jak małe miasto pamięta strach, jak folklor wypełnia lukę po zaginionych aktach i jak ostrożnie trzeba oddzielać to, co da się potwierdzić, od tego, co krąży ustami.

Miasto za murami i nazwa, która prowadzi na wzgórze

Byczyna powstała jako gród o średniowiecznym rodowodzie. Prawa miejskie wiąże się zwykle z XIII wiekiem, a układ urbanistyczny wraz z fortyfikacjami z późnego średniowiecza. Historycznie miasto należało do Śląska, przechodziło przez księstwa piastowskie, przez władanie czeskie i habsburskie, a od 1742 roku znalazło się w państwie pruskim. Niemiecka nazwa Pitschen nie jest ciekawostką turystyczną. Tłumaczy, dlaczego ewentualne akta nowożytnych procesów mogły zachować się po niemiecku i w piśmie gotyckim, i dlaczego polskie archiwa nie zawsze są pierwszym miejscem, w którym należy ich szukać.

Sama nazwa miasta obrasta własnymi podaniami. Jedno wiąże ją z bykiem, który na wschodnim wzniesieniu, zwanym Wzgórzem Krzyżowym, miał wydrapać z ziemi naczynie ze złotem. Inne mówi o targach wołowiną. Te historie nie dotyczą czarów, ale pokazują, jak Byczyna od dawna objaśnia swoje wzgórza opowieścią. Wzgórze Czarownic jest w tym pejzażu osobnym punktem. Leży przy drodze na Nasale, figuruje jako obiekt fizjograficzny i pojawia się na stronach zbierających miejsca „nawiedzone”. Anna Jurczyk-Miżejewska, prezeska Stowarzyszenia Animacji Lokalnej Arkona z Byczyny, przyznawała w 2022 roku, że wzgórze bywa szerzej opisywane poza miastem niż w samym mieście. Innymi słowy: legenda żyje, ale nie zawsze jest pierwszym skojarzeniem mieszkańców, którzy na co dzień widzą raczej mury, rynek i drogę krajową.

Krzyż jest, zjawisk nie ma

Krzyż na wzniesieniu utrzymują zwłaszcza ludzie z Nasal. Wierzenie jest proste i uporczywe. Dopóki krzyż stoi, groźba rzucona przez skazaną nie spełni się. Jeśli upadnie, diabelskie moce mają wrócić nad okolicę. Stanisław Biliński, znawca historii Byczyny, potwierdzał istnienie krzyża i znajomość legendy, a jednocześnie studził oczekiwania na duchy. Miejsce jest, opowieść jest, zjawisk nie ma. To zdanie dobrze oddaje temperaturę całej sprawy: pamięć jest mocniejsza niż dowód, a krajobraz mocniejszy niż protokół.

Widok Byczyny z góry pokazuje, dlaczego takie podanie mogło się tu zakorzenić. Miasto jest ciasne, zamknięte murem, otoczone polami i łagodnymi wzniesieniami. Egzekucje w epoce nowożytnej odbywały się zwykle poza murami, na wzniesieniu widocznym z drogi, tam gdzie tłum mógł patrzeć, a dym nie szedł prosto na rynek. Nawet jeśli konkretnego wyroku z Byczyny nie mamy w ręku, topografia legendy jest typowa dla miast tej wielkości.

Opowieść o służącej z ulicy Floriańskiej

Najpełniejsza wersja byczyńskiego podania krąży w lokalnej prasie i w relacjach stowarzyszenia Arkona. Mówi o młodej dziewczynie, w jednej odmianie siedemnastoletniej, która mieszkała samotnie z matką przy dzisiejszej ulicy Floriańskiej. Nie była czarownicą z wyobraźni ludowej, czyli starą, odizolowaną zielarką z chałupy za wsią. Była służką. Legenda podkreśla jej urodę. Mieszczanin, u którego służyła, miał się jej wdziękom nie oprzeć. Żona gospodarza oskarżyła dziewczynę o rzucenie uroku miłosnego. W świecie, który wierzył, że namiętność, choroba i nieurodzaj mogą mieć sprawcę, takie oskarżenie było bronią. Pozwalało pozbyć się rywalki językiem prawa i religii.

Dalej opowieść nabiera kształtu procesu. Sędzia uznał służkę za winną czarów miłosnych. Skazaną przewieziono w klatce na wzgórze pod Nasalami. Tam urządzono publiczną egzekucję. Spalono ją na stosie. Ostatnim słowem miało być „Powrócę!”. Ludzie przestraszyli się, że wróci jako upiór, i w miejscu kaźni postawili krzyż. Od tej pory wzgórze i krzyż trzymają się nawzajem: jedno wyjaśnia drugie.

W tej historii mieszają się elementy bardzo typowe z elementami, które brzmią jak dopowiedzenie gawędziarskie. Typowe jest oskarżenie o czary miłosne. W procesach nowożytnych często nie zaczynało się od sabatu i lotu na miotle, tylko od konkretnej szkody: ktoś zachorował, krowa przestała dawać mleko, mąż odwrócił się od żony, piwo się zepsuło, grad zniszczył plon. Typowe jest też to, że ofiarą bywa kobieta zależna, młoda albo stara, ale zawsze stojąca niżej w hierarchii domu. Przewóz w klatce i publiczny stos należą do repertuaru wyobrażeń o karze za czary. Mniej pewna jest precyzja szczegółów: wiek, ulica, dokładne słowa, klatka jako fakt, a nie obraz. Folklor lubi domykać historię. Akt sądowy zwykle jest suchszy, pełen dat, opłat dla kata i formułek o „złym poprawie, a dobrym przestrodze”.

Ciężko ustalić daty

Datowanie podania rozjeżdża się w sposób, którego nie wolno zamazywać. Jedna relacja umieszcza spalenie w XV wieku. Inna nazywa dziewczynę ostatnią byczyńską czarownicą. Te dwa określenia nie mogą być jednocześnie dosłowne, jeśli mają znaczyć to samo. XV wiek byłby bardzo wczesny jak na klasyczny świecki proces ze stosem za czary miłosne. Na ziemiach polskich za pierwszy dobrze znany świecki stos za czary uważa się wydarzenie z 1511 roku w Chwaliszewie pod Poznaniem, gdzie nieznaną z imienia kobietę oskarżono o niszczenie browarów. Jeśli byczyńska legenda naprawdę sięgałaby XV stulecia, byłaby ewenementem i wymagałaby potwierdzenia źródłowego, którego w obiegu publicznym nie ma. Bezpieczniej traktować „piętnasty wiek” jako cechę opowieści ludowej, która lubi odsyłać zło „dawno, za murami, za pamięcią dziadków”. Określenie „ostatnia czarownica” też należy do języka legendy. Służy do tego, by zamknąć strach w jednym imieniu i jednym wzgórzu.

Ulica Floriańska w Byczynie nie powinna być mylona ze słynną Floriańską w Krakowie. W małym mieście nazwa świętego Floriana, patrona od ognia, brzmi w tym kontekście prawie zbyt stosownie. To jednak tylko zbieżność kulturowa. Nic nie wskazuje, by ulica została nazwana od stosu. Raczej odwrotnie: legenda przykleiła się do konkretnego adresu, bo opowieść potrzebuje domu, z którego wyprowadzono ofiarę.

Co mówią ludzie, którzy szukają akt, a nie tylko legendy

W 2022 roku Stowarzyszenie Animacji Lokalnej Arkona zaczęło budować na północy Opolszczyzny turystyczny Szlak Czarownic. Impulsem było właśnie Wzgórze Czarownic. Prezeska stowarzyszenia opowiadała, że najpierw była legenda o siedemnastoletniej dziewczynie z Floriańskiej, która podczas procesu krzyknęła, że jeszcze wróci, a potem zaczęto „grzebać w podaniach, baśniach i w internecie”. Okazało się, że wzgórze istnieje nie tylko w gawędzie, lecz także jako opisany obiekt. Od tego momentu projekt przestał być wyłącznie opowieścią o jednym krzyżu. Arkona ogłosiła, że wspólnie z zespołem odnalazła informacje o wyrokach w sprawach czarów w Brzegu, Namysłowie, Byczynie i Praszce. Dokumenty są przeważnie niemieckie, zapisane gotykiem, i wymagają tłumaczenia. Równolegle planowano badania etnograficzne nad nowożytnymi i późniejszymi wierzeniami związanymi z czarami i z konkretnymi miejscami w terenie.

W wypowiedziach dla Radia Opole i Nowej Trybuny Opolskiej pada zdanie mocniejsze niż sama legenda. W Byczynie miały być osoby uznane za czarownice. Na Wzgórzu Czarownic palono podejrzane o czary. Tam też miały odbywać się tortury i próby wody. To już nie jest wyłącznie opowieść o jednej służącej. To teza o praktyce karnej w mieście i na jego przedpolu. Na razie teza ta pochodzi od lokalnych badaczy i animatorek kultury, którzy zapowiadają pracę źródłową, a nie od opublikowanej edycji akt z nazwiskami, datami i sentencjami wyroków. Różnica jest zasadnicza. Wolno powtórzyć, że takie ślady zgłoszono. Nie wolno udawać, że znamy już imię skazanej, rok procesu, skład sądu i treść oskarżenia.

Hexenkartothek

W tle pojawia się jeszcze jeden trop archiwalny, obrosły złą sławą i mimo to użyteczny. Dr Magdalena Przysiężna-Pizarska, archeolożka z Uniwersytetu Opolskiego, opowiadała, że polskie archiwa mają na temat procesów o czary stosunkowo mało materiału, natomiast Śląsk przez wieki należał do państw niemieckich. Tą drogą natrafiono na tak zwaną kartotekę Himmlera, czyli Hexenkartothek. W latach 1935–1944 komórka SS zbierała dane o procesach czarownic z setek archiwów. Zbiór, dziś przechowywany w Archiwum Państwowym w Poznaniu, zawiera tysiące kart z imionami, miejscami, donosami, opisami kar i wypisami ze źródeł. Ideologiczny cel nazistów był wypaczony: chcieli pokazać Kościół jako prześladowcę „germańskich kobiet”. Sam materiał wypisów bywa jednak cenny, bo notuje sprawy, których oryginalne akta mogły spłonąć albo rozproszyć się. Arkona i badaczka mówią o przykładach z Opolszczyzny i całego Śląska. To otwiera możliwość, że byczyński trop kiedyś znajdzie potwierdzenie na karcie z hasłem Pitschen. Dopóki taka karta nie zostanie wskazana i opublikowana, pozostaje kierunkiem poszukiwań, nie dowodem.

Stowarzyszenie nie ukrywa, po co opowiada tę historię dzisiaj. Jurczyk-Miżejewska mówiła o „odczarowywaniu” czarownic: o tym, że umierały kobiety za wiedzę i doświadczenie, i że to, co dawniej nazywano czarami, dziś bywa opisywane językiem biologii, chemii, psychologii, etnobotaniki czy nawet zoofarmakognozji. Taki program jest programem pamięci i turystyki kulturowej. Nie zastępuje kwerendy, ale tłumaczy, dlaczego temat wrócił właśnie teraz, w małym mieście, które szuka opowieści zdolnej połączyć mury, wzgórze, cmentarz i okoliczne wsie.

Cmentarz, kamienie na kościach i strach starszy niż stos

Najtwardszym materiałem, jaki Byczyna naprawdę oddała badaczom, nie jest wyrok z XVII wieku, lecz ziemia przy dawnym cmentarzu koło kościoła, dziś ewangelickiego. Dr Przysiężna-Pizarska porównywała Byczynę z 243 cmentarzyskami ze Śląska i uznała to stanowisko za ewenement. Na 1087 pochówków aż 136 uznano za antywampiryczne. Kamienie kładziono na szkielecie, na czaszce, na klatce piersiowej, pod żuchwą, na miednicy, na stopach. Były groby pojedyncze i zbiorowe. Niektóre ciała leżały w pozycjach nieanatomicznych, jakby zmarły „przekręcił się w trumnie”, co w zamkniętym grobie jest niemożliwe. Jeden z najlepiej zapamiętanych przypadków to pochówek młodej kobiety, około dwudziestopięcioletniej, ułożonej odwrotnie, w osi zachód–wschód, ze związanymi rękami i stopami.

Te groby pochodzą z wczesnego średniowiecza, z okresu od drugiej połowy XI do XIII wieku. To inna epoka niż nowożytne polowania na czarownice. Wczesnośredniowieczne społeczności bały się powrotu zmarłego: upiora, strzygi, kogoś, kto nie zaznał spokoju i wychodzi, by szkodzić żywym. Kamienie, wiązanie kończyn, odwrócenie osi ciała miały zatrzymać zmarłego w ziemi. Na innych śląskich cmentarzach osoby wykluczone chowano często poza sacrum, za murem kościelnym. W Byczynie takie zabiegi pojawiły się wewnątrz przestrzeni poświęconej. Archeolożka stawia pytanie, dlaczego. Odpowiedzi pewnej nie ma. Wiadomo natomiast, że dotyczyło to kobiet, mężczyzn i dzieci. Nie da się więc powiedzieć, że „tu chowano czarownice”. Da się powiedzieć, że społeczność Byczyny wyjątkowo często zabezpieczała groby przed powrotem zmarłych.

Ossuarium

Pod warstwą tych pochówków leżało jeszcze ossuarium: około dwustu czaszek oraz kości rąk i nóg, część przepalonych lub osmalonych. Interpretacja tego zbiorowego złożenia kości pozostaje otwarta. Łatwo ulec pokusie i połączyć żar z legendą o stosie. Tego łączenia źródła nie uprawniają. Przepalenie kości w ossuarium może mieć wiele przyczyn, od wtórnego użycia miejsca po praktyki funeralne, których nie znamy. Rzetelność każe zostawić tę warstwę jako zagadkę archeologiczną, a nie jako dowód na spalenie służącej z Floriańskiej.

Związek między cmentarzem a wzgórzem jest inny, subtelniejszy. W obu miejscach widać tę samą obawę, że śmierć nie kończy obecności. Na cmentarzu kładzie się kamień na piersi. Na wzgórzu stawia się krzyż, żeby słowo „powrócę” nie stało się ciałem. Między XI a XVIII wiekiem zmienia się język strachu, ale nie sama potrzeba odgraniczenia żywych od tego, co miało już nie wracać.

Śląsk, na którym stosy naprawdę płonęły

Żeby zrozumieć, dlaczego byczyńska legenda nie jest absurdem, trzeba odsunąć się od jednego wzgórza i spojrzeć na Śląsk. Byczyna nie leżała w Koronie polskiej w tym samym sensie co Wielkopolska czy Małopolska. Była miastem śląskim. Polowania na czarownice na Śląsku są zjawiskiem dobrze opisanym, choć nierównomiernym. Badania zebrane w literaturze przedmiotu mówią o setkach procesów i egzekucji w skali całego regionu. Główny okres prześladowań nakłada się na lata około 1580–1680, z nasileniem w połowie XVII wieku, kiedy wojna trzydziestoletnia, zarazy, głód i zniszczenia tworzyły klimat, w którym nieszczęście szukało sprawcy. Ofiarami w przygniatającej większości były kobiety. Intensywniej palono po lewej, bardziej „niemieckiej” stronie Odry niż po stronie prawej.

Najkrwawsze były księstwo nyskie i głogowskie. W południowej części księstwa nyskiego, w Jeseníku, Zlatých Horach i Głuchołazach, same wybrane miasta dają około dwustu ofiar. W Głuchołazach wieszano na wzgórzu za miastem, w innych ośrodkach palono. Ostatni śląski proces datuje się na 1740 rok w Ścinawie. Jeszcze w 1775 roku w Nysie próbowano wzniecić nową falę oskarżeń, ale sprawę rozpoznano jako donosicielstwo.

Ogień i miecz

Byczyna nie leży w epicentrum nysko-jesenickim. To ważna nuansa. Nie każde śląskie miasteczko przeżyło rzeź na skalę Jeseníka. Sądy miejskie mniejszych ośrodków prowadziły jednak sprawy o czary, a miejsce kaźni poza murami było standardem. Wczesne relacje ze Śląska znają nawet utonięcia w Odrze kobiet oskarżonych o magię miłosną. Później dominuje ogień albo miecz i ogień. Prawo, którym się posługiwano, to między innymi Constitutio Criminalis Carolina, prawo saskie i lokalne ordynacje. W księstwie habsburskim czarostwo ścigano od końca XVI wieku. Cesarz Rudolf nakazywał karać czarowników ogniem albo przynajmniej mieczem. W praktyce oskarżenie rzadko zaczynało się od traktatu teologicznego. Zaczynało się od sąsiadów.

W Koronie polskiej dynamika była trochę inna. Apogeum procesów przypada głównie na okres po 1660 roku, a ostatni znany ze źródeł proces sądowy datuje się na 1773 rok. Szacunki ofiar wahają się mocno, od kilkuset do kilku tysięcy, zależnie od badacza i od tego, czy liczy się tylko Koronę, czy także ziemie ościenne. Profesor Jacek Wijaczka przyjmuje nawet do czterech tysięcy ofiar i podkreśla, że do skazania potrzebne było przyznanie się do paktu z diabłem, a przyznanie uzyskiwano torturami. Prawo formalnie ograniczało tortury, praktyka w sprawach o czary często szła „do skutku”, bo wierzono, że diabeł pomaga oskarżonej milczeć. Uniewinnienia zdarzały się rzadko. W czarownice wierzyli katolicy i protestanci. Marcin Luter też w nie wierzył. Byczyna, jako miasto, w którym w XVI wieku przyjęto reformację w ramach księstwa brzeskiego, nie była więc z definicji wolna od tego wyobrażenia. Wyznanie nie stanowiło szczepionki.

Kamienie na grobach

Obok procesów żywych na Śląsku i Morawach istniała jeszcze osobna, upiorna praktyka: sądy nad zmarłymi posądzonymi o magię pośmiertną. Wierzono, że kto za życia zawarł pakt z diabłem i nie został zdemaskowany, po śmierci wstaje, szkodzi i „zakaża” kolejnych zmarłych. Ciała ekshumowano, palono albo grzebano na granicy wsi. To zjawisko, badane między innymi przez Daniela Wojtuckiego, pokazuje, jak blisko siebie stały strach przed czarownicą i strach przed upiorem. Byczyńskie kamienie na grobach i krzyż na wzgórzu należą do tej samej rodziny wyobrażeń, nawet jeśli dzielą je stulecia.

W okolicy Byczyny folklor dokłada własne dekoracje. Za Roszkowicami leży Babia Góra, dziś w dużej mierze przekształcona w piaskownię. Alfons Hayduk, opolski etnograf urodzony w 1900 roku, spisał podanie o kobietach spotykających się tam w Noc Walpurgii i o procesie, który miał wyniknąć z tych zgromadzeń. Jest też przysiółek Piekło. Nazwy mówią same za siebie. Nie oznaczają, że sabat się odbył. Oznaczają, że krajobraz został opisany językiem czarów, tak jak w innych regionach Łysa Góra, Hexenberg czy Petrovy Kameny. Gdy oskarżona na torturach „przyznawała się” do lotu na sabat, sędziowie i sąsiedzi już wiedzieli, na które wzgórze miała lecieć. Miejsce było przygotowane przez opowieść.

Jak wyglądał proces, którego protokołu z Byczyny jeszcze nie mamy

Skoro nie znamy byczyńskiego aktu, można opisać tylko model, który obowiązywał w miastach tej wielkości i w tej części Europy. Model nie jest wymysłem. Jest rekonstrukcją z setek zachowanych spraw. Zaczynało się od szkody i od mowy. Ktoś mówił, że ta właśnie kobieta popsuła mleko, urok, zdrowie, miłość albo pogodę. Donos szedł do władzy miejskiej albo dworskiej. Aresztowana trafiała do więzienia, często na własny koszt. Przesłuchanie bez tortur rzadko wystarczało, bo oskarżona zaprzeczała. Potem przychodził kat. Szukano znamienia diabelskiego, stosowano próbę wody, ciągano za związane w tył ręce, używano butów hiszpańskich i innych narzędzi, które w polskich i śląskich aktach powracają z monotonną regularnością. Prawo mówiło o trzech turach tortur. W sprawach o czary często nie poprzestawano, bo diabeł miał usztywniać milczenie.

Przyznanie się otwierało listę wspólniczek. To był mechanizm lawiny. Jedna kobieta, żeby przerwać ból, wymieniała sąsiadki. Sąd dostawał nowe nazwiska. W skrajnych wypadkach, jak w niektórych wsiach wielkopolskich czy w księstwie nyskim, ginęły całe grupki kobiet, czasem także mężczyźni i nastoletnie dziewczęta, bo dwunastolatkę uważano już za zdolną do paktu. Wyrok najczęściej brzmiał: spalić. Czasem ściąć, a ciało spalić. Czasem wygnać, jeśli sąd uznał winę za lżejszą albo dowody za zbyt wątłe. Egzekucja była widowiskiem i przestrogą. Miejsce wybierano na granicy miasta, na wzgórzu, przy drodze. Potem zostawała nazwa: Góra Szubieniczna, Wzgórze Czarownic, Hexenberg.

Jest wszytsko i nic

W byczyńskiej legendzie widać ten model jak przez matowe szkło. Jest szkoda, czyli utrata męża przez żonę, kobieta zależna. Jest sąd. Transport poza miasto, ogień, lęk, a kara nie domknęła sprawy, bo skazana obiecała wrócić. Brakuje tego, co akt zawsze notuje: imienia i nazwiska, daty, listy świadków, kosztu drewna i wina dla kata, pieczęci miasta. Dopóki tych rzeczy nie ma, uczciwy opis musi się zatrzymać na progu.

Próba wody, o której wspominają badaczki z Byczyny, też należy do repertuaru. Oskarżoną wiązano i wrzucano do rzeki albo stawu. Tonięcie miało znaczyć niewinność, unoszenie się na wodzie winę, bo woda jako żywioł chrzcielny „nie przyjmuje” czarownicy. Fizyka sukni i powietrza w tkaninie nie interesowała tłumu. W 1836 roku w Ceynowie, dzisiejszych Chałupach na Helu, Krystyna Ceynowa, ostatnia głośna ofiara samosądu o czary na ziemiach polskich, utrzymała się na powierzchni i została zatłuczona. To już inny region i inna epoka, ale ta sama logika próby. Jeśli w Byczynie naprawdę stosowano wodę na wzgórzu albo u jego podnóża, byłoby to zgodne z praktyką. Na razie jest to twierdzenie lokalne, czekające na dokument.

Czego nie wolno dopowiedzieć

Artykuł o Byczynie psuje się w chwili, gdy ktoś zamienia lukę w pewność. Nie znamy imienia służącej. Nie znamy roku. Również nie wiemy, czy „klatka” to fakt, czy obraz. Nie wiemy, czy na wzgórzu spalono jedną osobę, kilka, czy też nazwa wzgórza urosła z jednego podania i z ogólnej wiedzy, że takie rzeczy na Śląsku się zdarzały. Pochopnie nie wolno utożsamiać wczesnośredniowiecznych pochówków antywampirycznych z nowożytnym stosem. Nie wolno też mówić, że Byczyna była drugim Jeseníkiem. Skala musiałaby wynikać z liczb, a liczb z tego miasta publicznie nie ogłoszono.

Sama kartoteka Himmlera nie jest wyrocznią. Jest zbiorem wtórnym, pisanym z ideologicznym celem, czasem niechlujnym w identyfikacji miejsc. Dziewięć polskich miejscowości, które pojawiają się w opracowaniach tego zespołu, nie wyczerpuje śląskich spraw, bo Śląsk liczono często po stronie niemieckiej. To komplikuje statystykę i jednocześnie zwiększa szansę, że Pitschen siedzi w teczkach pod inną etykietą. Kwerenda musiałaby iść przez Poznań, przez archiwa śląskie, przez ewentualne księgi miejskie Brzegu i Namysłowa, przez źródła kościelne. Dopiero wtedy legenda albo zgęstnieje w historię, albo okaże się pamięcią zbiorową, która w jednym krzyżu skondensowała wiele lęków.

Jest jeszcze pokusa turystyczna. Szlak Czarownic, konferencje, e-booki o kulturze magicznej Opolszczyzny, pracownia tradycji w Byczynie: to wszystko już istnieje i będzie rosło. Turystyka pamięci nie jest grzechem. Staje się nim, gdy z „mogło tu dojść do procesu” robi się „tu spalono siedemnastoletnią czarownicę w roku takim a takim”. Byczyna zasługuje na opowieść, która zostawia puste miejsca. Puste miejsca są częścią prawdy.

Co zostaje, gdy zdjąć z historii lakier

Zostaje miasto otoczone murem i droga na Nasale, również krzyż, którego ktoś naprawdę pilnuje. Zostaje opowieść o młodej służącej z Floriańskiej, o zazdrosnej żonie, o uroku, o klatce, o ogniu i o słowie „powrócę”. Deklaracja stowarzyszenia, że w aktach niemieckich czają się wyroki z Byczyny, Brzegu, Namysłowa i Praszki. Zostaje cmentarz z niezwykłą liczbą kamieni na kościach, starszy od nowożytnych stosów, ale mówiący tym samym lękiem. Jest Śląsk, na którym kobiety naprawdę ginęły za czary, zwłaszcza w XVII wieku, w cieniu wojny i zarazy. Zostaje też skromny wniosek, który powinien wystarczyć za morał: w małym mieście historia rzadko ginie bez śladu. Albo zostawia akt, albo zostawia wzgórze. Byczyna na razie zostawiła wzgórze.

Jeśli ta sprawa ma kiedyś dostać nazwisko i datę, przyjdą one z gotyckiej karty, nie z dopowiedzenia. Do tego czasu najuczciwszym zdaniem o procesie czarownicy w Byczynie jest zdanie podwójne. Ludzie od pokoleń wiedzą, że tu spalono kobietę za czary i że kazała o sobie pamiętać. Historyk wie na razie tylko tyle, że takie rzeczy działy się na Śląsku, że miejsce kaźni wygląda jak miejsce kaźni i że dokumenty dopiero się tłumaczy. Między tymi dwoma rodzajami wiedzy rozciąga się droga z Byczyny do Nasal. Krzyż wciąż stoi.

Przeczytaj również: Pojęcie śmierci
Poznaj Dianę Walsh Pasulka – wybitną badaczkę religii, technologii i zjawisk paranormalnych. Dowiedz się więcej o jej przełomowych pracach, takich jak „American Cosmic”, oraz o tym, jak łączy religię, naukę i technologię.
Flow można osiągnąć w różnych kontekstach, takich jak praca, sztuka, sport, gra na instrumencie, pisanie czy nawet podczas rozmowy. Jest to stan, który sprzyja rozwojowi umiejętności, zwiększa poczucie spełnienia i jest bardzo pożądany w pracy twórczej i zawodowej.
Do wygrania jest niezwykły zestaw dwóch książek: „MÓZG wiecznie młody” autorstwa dr Dale E. Bredesen oraz "ZDRADLIWY CUD CO nas Czeka gdy antybiotyki przestaną działać" Liama Shaw'a ufundowane przez Wydawnictwo Helion.