„Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni w II Rzeczpospolitej” to pięknie wydana książka Pauliny Drożdż, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Sploty w 2025 roku, z premierą zaplanowaną na marzec 2026. Autorka, znana już z mrocznych reportaży odsłaniających ciemne karty polskiej historii, tym razem sięga po jedenaście autentycznych spraw sądowych z lat 1918–1939. Żadnych wymyślonych wątków, żadnych literackich upiększeń – wyłącznie akta policyjne, protokoły sądowe i wycinki prasowe z epoki. Efekt jest porażający. Książka czyta się jak najlepszy kryminał z dreszczykiem grozy, tyle że wszystko, co opisuje, wydarzyło się naprawdę na polskiej ziemi sto lat temu.
Paulina Drożdż bierze na warsztat Polskę, która dopiero co odzyskała niepodległość i próbowała gonić resztę Europy, a jednocześnie ogromna część jej społeczeństwa – szczególnie na wsi – żyła w świecie, w którym diabeł, czarownice i znachorzy byli równie realni jak posterunkowy czy lekarz powiatowy. Bieda, analfabetyzm, brak dostępu do medycyny i powszechne przekonanie, że „coś tu nie gra”, sprawiały, że gdy ktoś umierał w dziwnych okolicznościach, dziecko chorowało albo mąż zdradzał, ludzie nie szli do lekarza. Szli do babki, która „odczyni”, albo do znachora, który „wyrzuci diabła”. I właśnie te „zabiegi” bardzo często kończyły się trupem – dosłownie.
Autorka nie moralizuje i nie robi z bohaterów potworów ani ofiar systemu. Pokazuje zwyczajnych ludzi – przerażonych, zdesperowanych, często po prostu głupich i zabobonnych. Pisze lekko, plastycznie, momentami wręcz filmowo. Krótkie rozdziały, każdy jak osobna, mroczna nowela. Do tego archiwalne zdjęcia i wycinki prasowe, które budują klimat grozy. Paulina Drożdż subtelnie, ale bardzo trafnie pokazuje, że wiara w „diabła w drucie” – czytaj: dzisiejsze teorie spiskowe o 5G, szczepionkach czy czipach – to nie jest wynalazek XXI wieku. Po prostu zmieniła opakowanie.

Książka nie jest suchą rozprawą naukową, ale też nie tanim horrorem. To reportaż, który wciąga jak najlepszy kryminał z elementami grozy. Po lekturze już nigdy nie spojrzy się tak samo na stare, czarno-białe zdjęcia z międzywojnia. Bo za każdym uśmiechem na fotografii może kryć się ktoś, kto właśnie szedł do znachora, żeby „wyrzucić diabła”… albo go przywołać.
Najbardziej wstrząsająca sprawa z książki – „Diabeł w piersi chorej kobiety”
Jedna z jedenastu historii, które Paulina Drożdż rekonstruuje z najdrobniejszymi szczegółami, pochodzi z sierpnia 1933 roku i rozegrała się w Daleszowej pod Horodenką na Huculszczyźnie – wschodnia Galicja, okolice Kołomyi. To sprawa, która pokazuje, jak bardzo świat polskiej wsi sto lat temu dzielił się na ten „normalny” i ten, w którym diabeł naprawdę mieszkał w ciele człowieka.
W styczniu 1933 roku Warwara Maruńczak, bogata gospodyni z Daleszowej, odkryła u siebie guza piersi. Lekarze byli bezradni, stan chorej się pogarszał – paraliż, ból, rozpacz. Rodzina, jak wielu w tamtych czasach na wsi, najpierw modliła się w miejscowej cerkwi Świętych Kosmy i Damiana, słynącej z cudownego obrazu Matki Boskiej. Gdy modlitwy nie pomagały, sięgnęli po „pewniejsze” metody. Ósmego sierpnia 1933 roku do chałupy Maruńczaków przyszedł Jarosław Zacharjasiewicz – samozwańczy znachor i spirytysta z sąsiedniej Kolanki – razem ze swoją 22-letnią żoną Barbarą. Mieli dwoje małych dzieci.
Zacharjasiewicz obejrzał chorą i wydał diagnozę prosto z huculskiego folkloru: w piersiach Warwary znajdują się jaja jaszczurcze, w których siedzi diabeł, a jego harce powodują chorobę. Obiecał bezpłatnie wypędzić szatana. Rodzina – zdesperowana i wierząca w takie rzeczy – zgodziła się na nocny rytuał.
Znachor zamienił izbę w magiczne laboratorium. Nakreślił na podłodze węglowy krąg, żeby oddzielić „święty teren” od reszty świata. Położył Warwarę na łóżku, dał jej do ręki drewniany krzyż i nakrył białym płótnem jak całunem. Zapalił gromnicę, postawił księgę cerkiewną, figurkę Matki Boskiej i czterdzieści cztery ziarenka jałowca – magicznej rośliny do okadzania. Na futrynie drzwi zawiesił weretę – płachtę z płótna, na której wyszył dwa czerwone krzyżyki. Potem zmierzył dokładnie odległości od stóp domowników do ich oczu.

O północy kazał Hryciowi Kurczakowi, pomocnikowi z rodziny, stanąć z rewolwerem i strzelić dwukrotnie w te czerwone krzyżyki – dokładnie wtedy, gdy on sam wypowie zaklęcie. Wszyscy mieli czekać sześć godzin, nie reagując na żadne hałasy, stukoty ani „krzyki diabła”.
O północy padły dwa strzały. Usłyszano huk, stuknięcie, warkot i jęk. Rano Warwara wstała, zajrzała za płachtę… i wrzasnęła, po czym zemdlała.
Za kotarą leżały zakrwawione zwłoki Jarosława i Barbary Zacharjasiewiczów. Oboje mieli rany postrzałowe po prawej stronie czaszki – dokładnie na wysokości ich oczu. Wysokość dla niego wynosiła 152 centymetry, dla niej 149 centymetrów. Znachor starannie ustawił krzyżyki tak, żeby kule trafiły prosto w nich, gdy przytulą do nich twarze. Zabił siebie i żonę, zabierając ją „w zaświaty” razem ze sobą.
Policja pod dowództwem przodownika Eugeniusza Rempały szybko ustaliła, co się stało. Sprawa trafiła do gazet – „Wieczór Warszawski” opisał wszystko z dokładnością do centymetra: wysokość krzyżyków, trajektoria strzałów. Okazało się, że Zacharjasiewicz miał już wcześniej „ucznia”, który zniknął, a sąsiedzi szeptali, że „jest głęboko pod ziemią u czarowników”.
Paulina Drożdż rekonstruuje tę historię na podstawie akt policyjnych i prasowych relacji z 1933 roku. Pokazuje mechanizm, który doprowadził zwykłych ludzi do tragedii: bieda, brak lekarzy (na wsiach pracowało ich zaledwie około dziesięciu procent), analfabetyzm i głęboko zakorzeniona wiara w diabła, jaszczurcze jaja i magiczne kręgi. Rodzina chciała uratować chorą – dostała podwójne samobójstwo w swojej izbie.
Dlaczego „Demoniczne dwudziestolecie” to jedna z najciekawszych polskich premier non-fiction ostatnich lat
Paulina Drożdż nie epatuje szczegółami gore dla efektu. Skupia się na mechanizmie i ludzkiej psychice. Pokazuje, jak zabobon nie istniał w próżni – wpływały na niego stosunki narodowościowe, bieda i brak dostępu do podstawowej opieki medycznej. Książka wciąga od pierwszej strony, bo każdy rozdział to osobna, zamknięta historia, a jednocześnie wszystkie razem układają się w szerszy obraz Polski międzywojennej. Tej Polski, o której dziadkowie czasem bali się opowiadać.

Dla czytelników, którzy lubią prawdziwe kryminały w stylu Kamila Barnowskiego, dla miłośników historii Polski „od kuchni” i dla tych, którzy po „Chłopkach” Joanny Kuciel-Frydryczak chcieli jeszcze więcej realizmu i mroku – ta książka jest idealna. Po jej lekturze stare fotografie z II Rzeczpospolitej nabierają zupełnie nowego, mrocznego wymiaru. Bo za każdym uśmiechem może kryć się ktoś, kto właśnie szedł do znachora, żeby „wyrzucić diabła”… albo go przywołać.
10/10 – solidny reportaż, który wciąga jak dobry kryminał z dreszczykiem. Gorąco polecam, ale nie czytajcie przed snem. Diabeł lubi, jak się boimy.

