To szósta część cyklu, reżyserowana przez Jacoba Chase’a, i – co ważne – jedna z tych, które po latach wyraźnie próbują wstrzyknąć serii nową energię. Byliśmy na pokazie przedpremierowym i już możemy powiedzieć, że film ma sporo do zaoferowania zarówno fanom uniwersum, jak i osobom, które po prostu chcą porządnie się przestraszyć w kinie.
Nowa bohaterka, nowa moc, stary mroczny wymiar
Gemma (Amelia Eve) to młoda, samotna matka wychowująca córkę Mayę w domu, w którym sama dorastała. Odkrywa w sobie zdolność, której wcześniej w cyklu nie widzieliśmy w takiej formie: potrafi nie tylko wchodzić do Otchłani (The Further), ale też sprowadzać stamtąd istoty do naszego świata. Ta „kurierska” moc natychmiast przyciąga uwagę demonów i sprawia, że dom, który powinien być azylem, staje się polem bitwy.
To nie kolejna historia Lambertów. To świeża rodzina, świeże traumy i nowy punkt wejścia do znanego uniwersum. Dzięki temu film działa nawet dla osób, które nie pamiętają wszystkich poprzednich części na pamięć – mitologia jest tu podana na tyle klarownie, że nie trzeba mieć doktoratu z Otchłani.

Gdzie film naprawdę działa
Największą siłą Wyjścia z mrocznego wymiaru są konkretne sekwencje grozy. Krytycy i wczesne opinie z pokazów zgodnie podkreślają kilka setpiece’ów, które wychodzą ponad schemat. Sceny związane z zawodem Gemmy (higienistka stomatologiczna) wchodzą w ciało-horror w sposób, który potrafi solidnie zdeprymować. Jedna sekwencja z dziecięcym fortem z poduszek i koców zamienia domową przestrzeń w klaustrofobiczny, niemal liminalny labirynt – to moment, który wielu wczesnych widzów zapamiętało jako jeden z najmocniejszych w całej serii od dłuższego czasu.
Relacja matka–córka (Amelia Eve i Island Austin) jest tu autentyczna i ciepła, co daje filmowi emocjonalny grunt, którego w niektórych poprzednich odsłonach brakowało. Lin Shaye wraca jako Elise i – jak zwykle – wnosi swoją charakterystyczną mieszankę mądrości, humoru i żelaznej determinacji. Nawet jeśli jej rola nie dominuje, jej obecność działa jak kotwica dla fanów.
Technicznie produkcja prezentuje się bardzo dobrze: dźwięk, makijaż potworów i praca kamery w zamkniętych przestrzeniach robią robotę. Wczesne głosy z Filmwebu i anglojęzycznych recenzji (Variety, m.in.) chwalą tempo, zwłaszcza w drugiej połowie, i przyznają, że audiowizualnie to jedna z lepiej zrobionych części cyklu.

Czy warto iść?
Tak – zwłaszcza jeśli lubisz klimat Otchłani, jump scare’y z klasą i horrory, które łączą strach z emocjonalnym tłem. Film nie udaje, że reinwentuje gatunek od zera, ale bierze to, co w Naznaczonym działało najlepiej (atmosfera, kreatury, rodzinne zagrożenie), dodaje nową bohaterkę z ciekawą zdolnością i serwuje kilka sekwencji, które potrafią naprawdę wciągnąć i wywołać fizyczną reakcję.
Nie jest to idealna, bezbłędna produkcja – finał bywa gęstszy i bardziej zagmatwany, a nie wszystkie tropy są świeże. Ale właśnie dlatego, że seria już tyle razy wchodziła do tego samego wymiaru, ta odsłona czuje się jak udana próba otwarcia drzwi od nowej strony. Wczesne reakcje z pokazów przedpremierowych wskazują, że widzowie wychodzili z sali zadowoleni z dawek napięcia i z konkretnymi scenami, które zostały im w głowie.
Jeśli lubisz Naznaczonego, chcesz zobaczyć Lin Shaye w akcji albo po prostu szukasz wieczornego seansu, który potrafi zmusić do sprawdzenia, co kryje się w ciemnym kącie pokoju – to dobry moment, żeby pójść. Film jest już w kinach. Warto złapać go na dużym ekranie, zanim Otchłań znów się zamknie.

