Kiedy sięga się po „Misję” Michela Desmarqueta (oryg. The Thiaoouba Prophecy), wchodzi się nie tyle w świat science fiction, co w misternie utkaną tkaninę światopoglądowej podróży międzygwiezdnej. To nie jest zwykła książka. To wyznanie. Manifest. A dla niektórych – objawienie. Dla innych – literacki ekwiwalent ufo-ambrozji z nutą kiczu. Dla wszystkich zaś – tekst, który trudno zignorować, choćby tylko po to, by się z nim… głęboko nie zgodzić.
Kosmiczny scenariusz na miarę epoki New Age
Zaczyna się niewinnie: autor, zwyczajny człowiek mieszkający w Australii, zostaje nagle „porwany” przez istoty z innej planety – Thiaoouba. To planeta wysoce rozwinięta duchowo i technologicznie, gdzie życie podporządkowane jest harmonii, miłości i wewnętrznemu rozwojowi. Brzmi znajomo? Owszem – Thiaoouba to niemal utopijna kulminacja wszystkich ideałów epoki New Age, doprawiona szczyptą starożytnych tajemnic, których nie powstydziłby się Erich von Däniken.
Na kartach tej podróży dowiadujemy się, że cywilizacje pozaziemskie mają ogromny wpływ na historię Ziemi, że starożytni Egipcjanie, Atlantydzi, a nawet Jezus Chrystus mieli swoje powiązania z Thiaooubanami, a nasza planeta służy głównie jako poligon duchowych prób i błędów. Duchowy rozwój, odpowiedzialność za swoje myśli, reinkarnacja, karmiczne konsekwencje, a także ostrzeżenia przed zbytnią materializacją życia – to kluczowe wątki tej narracji.
Literacko i stylistycznie – między pamiętnikiem a manifestem
Styl Desmarqueta jest prosty, wręcz naiwny, co można odebrać dwojako. Z jednej strony – jako szczery i autentyczny głos człowieka, który naprawdę wierzy w to, co przeżył. Z drugiej – jako literacka toporność, która balansuje niebezpiecznie blisko granicy pastiszu. Dialogi z istotami pozaziemskimi są pozbawione filozoficznej głębi, a momentami przypominają wykład na temat duchowej edukacji dla początkujących. I choć przesłanie jest jasne – uczcie się, rozwijajcie, nie krzywdźcie – to forma bywa niezgrabna, a metafizyczna treść brzmi czasem jak z duchowego folderu reklamowego.
Teorie, które wciągają i dzielą
Nie sposób przejść obojętnie obok idei zawartych w książce: według Desmarqueta, ludzie nie są jedyną inteligentną rasą w kosmosie – ba, nie są nawet najważniejszą. Planeta Thiaoouba to tylko jedna z dziewięciu kategorii planet, a Ziemia znajduje się bardzo nisko w tej skali. To jakby powiedzieć uczniowi podstawówki, że są całe uniwersytety dusz, do których może kiedyś trafi – jeśli się postara.
Desmarquet twierdzi także, że wiele z naszych problemów – od polityki, przez religię, po zdrowie – wynika z duchowego zagubienia i braku zrozumienia praw Wszechświata. W tle pojawiają się znane już z ezoteryki tematy: niebezpieczeństwo technologii bez duchowości, iluzja czasu, cząstka Boga w każdym człowieku, siła myśli jako kreatora rzeczywistości.
Ale pojawiają się też kontrowersje: niektóre stwierdzenia brzmią niepokojąco dogmatycznie. Poglądy na temat aborcji, ról płciowych, religii i ras mogą budzić opór, szczególnie u czytelników o bardziej humanistycznym lub naukowym nastawieniu. W tym sensie książka może równie mocno fascynować, co drażnić.

Duchowy GPS czy science fiction z misją?
Trzeba przyznać, że „Misja” pełni funkcję duchowego GPS-u – choć działa według alternatywnej mapy rzeczywistości. Dla niektórych będzie to droga do wyzwolenia z matrixa codzienności. Dla innych – niepokojący miks psychodelii, religii i science fiction.
Desmarquet pisze nie po to, by przekonywać sceptyków. Pisze dla tych, którzy już wiedzą, albo przynajmniej czują, że coś jest na rzeczy. W tym sensie „Misja” nie jest ani powieścią, ani dokumentem – to forma channelingu, autobiograficznego raportu i mistycznego podręcznika, który ma raczej inspirować niż udowadniać. To duchowa broszura z obcej planety – i trzeba mieć odpowiedni stan umysłu (lub serca), by w ogóle chcieć ją czytać.
Wnioski końcowe (choć żadna misja nie kończy się tak łatwo)
Czy warto przeczytać „Misję”? Tak – jeśli jesteś otwarty na alternatywne wizje świata, interesujesz się ufo-duchowością, masz sentyment do książek pokroju „Wspomnienia przyszłości” Dänikena lub „Droga duszy” Michaela Newtona. Nie – jeśli oczekujesz spójnej teorii, naukowego podejścia lub literackiego kunsztu.
To książka jak portal: wejdziesz w nią, a możesz wyjść zupełnie gdzie indziej. I choć czasem przypomina duchowego Big Maca (szybko, mocno, bez subtelności), to jednak zostawia pewien niepokój, pewną iskrę – a może, kto wie, właśnie to było jej prawdziwą misją.

