„Lustro czarownicy” Levannah Morgan w wydaniu Fosforos to jedna z tych książek, które łatwo pomylić z czymś innym, zanim się je otworzy. Tytuł brzmi jak powieść albo jak poradnik o wróżeniu z lustra. Tymczasem polski przekład A Witch’s Mirror jest czymś skromniejszym i jednocześnie trudniejszym do podrobienia: osobistą relacją z praktyki czarownicy, która od ponad trzech dekad mieszka w Devon, łączy wiccę z tradycyjnym czarostwem i lokalnym folklorem, a magię traktuje jak rozmowę z miejscem, a nie jak zestaw zakupionych akcesoriów. Poniższy tekst zbiera to, co da się uczciwie powiedzieć o książce, autorce i polskim wydaniu — bez dopisywania rozdziałów, których publiczne opisy nie wymieniają, i bez udawania, że ktoś przeczytał każdą stronę na głos.
Lustro czarownicy Levannah Morgan w wydaniu Fosforos to jedna z tych książek, które łatwo pomylić z czymś innym, zanim się je otworzy. Tytuł brzmi jak powieść albo jak poradnik o wróżeniu z lustra. Tymczasem polski przekład A Witch’s Mirror jest czymś skromniejszym i jednocześnie trudniejszym do podrobienia: osobistą relacją z praktyki czarownicy, która od ponad trzech dekad mieszka w Devon, łączy wiccę z tradycyjnym czarostwem i lokalnym folklorem, a magię traktuje jak rozmowę z miejscem, a nie jak zestaw zakupionych akcesoriów.
Lustro czarownicy, czyli czym ta książka naprawdę jest
Pierwsze angielskie wydanie wyszło około 2013 roku w Capall Bann. Drugie, w pełni poprawione, opublikowało w 2021 The Universe Machine z Norwich; to właśnie ta wersja, z kolorowymi fotografiami narzędzi autorki, stanęła u podstaw polskiego przekładu. Krótkość tomu nie jest przypadkiem ani oszustwem marketingowym. Autorka od początku pisała rzecz, która ma działać raczej jak książka kucharska niż jak grimoire z hierarchią stopni i tabelami korespondencji. Proste czynności, wykonane zmysłami i z intencją, mogą według niej być równie głębokie — a czasem głębsze — niż rozbudowany rytuał.
To rozróżnienie trzeba powtórzyć, bo polski tytuł kusi pomyłką. Istnieje zupełnie inna angielska książka Mickie Mueller pod tytułem The Witch’s Mirror, poświęcona historii, lore i magii samego lustra jako narzędzia. Lustro czarownicy Morgan nie jest monografią scryingu. Lustro pojawia się tu podwójnie: jako metafora odbicia jednej konkretnej praktyki i jako jeden z gestów tej praktyki. Czarostwo to między innymi oddawanie czci Starym Bogom w księżycową noc na wzgórzu w Dartmoor, zawiązywanie dziewięciu supełków na czerwonym sznurku, podróż do świata duchów, łapanie odbicia księżyca w lustrze, zbieranie jarzębiny, życie z opiekuńczymi duchami, związywanie dziurawych kamieni, taniec z Rogatym Bogiem i siedzenie na opustoszałej plaży, kiedy fale przychodzą i odpływają. To nie spis treści. To definicja klimatu.

Levannah Morgan: Devon, morze i trzydzieści lat praktyki
Levannah Morgan pochodzi z Walii. Od wielu lat mieszka w hrabstwie Devon, tam gdzie wiejski krajobraz, wrzosowiska i morze nie są tłem do zdjęcia na okładkę, tylko codziennym źródłem praktyki. W opisach wydawniczych powtarza się to samo zdanie, bo jest po prostu prawdziwe dla jej biografii: czerpie inspirację z kontaktu z naturą, z tajemniczych wrzosowisk i z potęgi morza. W praktyce łączy wiccę i czarostwo tradycyjne, chętnie sięga do lokalnych wierzeń. Jest założycielką Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Czarownictwa, pełniła funkcję wiceprezeski Federacji Pogańskiej, organizowała konferencje pogańskie i kursy z dziedziny czarostwa. Zawodowo jest artystką związaną z branżą filmową.
W angielskich materiałach wokół pierwszego wydania pojawiają się także jej nauczyciele. Hereward Wake miał wieloletnie doświadczenie zarówno w czarostwie, jak i w magii rytualnej; uczył, jak czcić bogów w rytuale i jak podróżować do świata duchów, jak patrzeć i słuchać zmysłami, które zwykle zostają w tle, kiedy działać, a kiedy zostać w bezruchu. W tle tej drogi stoi też krąg Muzeum Czarostwa w Boscastle, założonego przez Cecila Williamsona. Morgan była związana ze stowarzyszeniem przyjaciół muzeum; to nie ozdobnik biograficzny, tylko wskazówka, skąd bierze się jej szacunek do przedmiotu, folkloru i „kuchni” czarownicy, a nie tylko do estetyki ołtarza.
Później wydała także inne książki, między innymi Sea Witch’s Companion o magii księżyca i pływów oraz A Witch’s Year o cyklu roku. Lustro czarownicy pozostaje jednak tą pozycją, która w Polsce zaistniała najmocniej. To kontekst, nie ranking talentu. Pokazuje tylko, że polski czytelnik dostał najpierw ten cieńszy, bardziej intymny tom, a nie późniejsze kompendia sezonu.
Autorka nie udaje, że odkryła czarostwo wczoraj. Kiedy zaczynała, praktyka nie była jeszcze tak widoczna w kulturze popularnej jak dziś. Książka niesie więc coś, czego nie da nowa, głośna publikacja z ładnymi zdjęciami z Pinteresta — spokój osoby, która robiła te rzeczy, zanim stały się treścią.
Fosforos, przekład i przedmiot, który chce się wziąć do ręki
Fosforos to polskie wydawnictwo ezoteryczne, które w materiałach własnych tłumaczy swoją nazwę jako „niosący światło” i odwołuje się do mitologicznego Fosforosa, gwiazdy porannej. Powstało około 2022 roku i od początku stawia na literaturę pogańską, magiczno-historyczną i praktyczną. Lustro czarownicy wpisuje się w ten profil lepiej niż w półkę „lifestyle witch” z drogerii.
Morgan szczegółowo opisuje, jak skonstruować dla siebie narzędzia czarostwa. Podaje przykłady własnych przedmiotów i wyjaśnia, jak pracować z duchami oraz z naturalnymi materiałami danego miejsca. Zachęca do bardziej osobistego sposobu tworzenia magii. Wydanie zawiera wiele kolorowych fotografii narzędzi autorki. Do tego dochodzą dwa cytaty, które wydawca kładzie na okładkę i do opisów. Profesor Ronald Hutton, autor The Triumph of the Moon, nazywa książkę prawdopodobnie najbardziej inteligentną, kompetentną i oryginalną pracą o magii praktycznej w tradycji czarownic, jaką czytał. Simon Costin, dyrektor Museum of Witchcraft and Magic, także rekomenduje tom. Wydawca dodaje, że książka napisana jest z ciepłem i humorem i oferuje coś zarówno nowicjuszom, jak i osobom z praktyką, które chcą zrozumieć, jak czarownictwo może działać znacząco w XXI wieku.
Cytat Huttona nie zamienia stu pięćdziesięciu sześciu stron w encyklopedię. Zamienia je w głos, któremu historyk współczesnego pogaństwa gotów jest zaufać pod względem myślenia. To ważna różnica.
Tłumaczenie jest jedynym miejscem, w którym polskie głosy się rozchodzą. Damian Velkan Mełgieś jest osobą ze środowiska czarostwa i wiccy, co dla części czytelników było uspokajające: nie przekładał ktoś, kto zna tylko angielski i nie wie, czym różni się athame od noża kuchennego.
O czym Morgan pisze, kiedy pisze o lustrze
Morgan pokazuje, jak zrobić narzędzia samemu. Różdżki, kostury, talizmany, amulety, eliksiry i inne obiekty nie pojawiają się jako lista zakupów, tylko jako przykłady z jej domu i krajobrazu. Pracuje z tym, co dane miejsce naprawdę daje: zioła, muszle, skamieliny, kamienie, drewno, sznurek. Duch miejsca nie jest tu ozdobną metaforą „energii”. Jest partnerem, którego trzeba najpierw zauważyć, a dopiero potem prosić.
To książka o praktycznym czarostwie i robieniu magii, nie o formalnych rytuałach. Magia ma być czymś, co się żyje. Wiele z opisanych rzeczy wygląda na proste. Wiara autorki polega na tym, że doświadczone wszystkimi zmysłami i zrobione z intencją stają się głęboką formą magii. Cel, który sama deklarowała, był taki, żeby czytelnik wziął tom jak zbiór przepisów i pozwolił duchom poprowadzić się ku własnym sposobom pracy.
Dlatego tytułowe lustro nie jest tu przede wszystkim gadżetem do wróżenia z mgiełki. Jest sposobem patrzenia. Czarownica, która łapie odbicie księżyca, nie kupuje „lepszego lustra”. Uczy się, że świat już odbija to, czego szuka, jeśli stanie w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. To samo dotyczy dziurawego kamienia związanego sznurkiem i jarzębiny zebranej nie dlatego, że tak każe tabela korespondencji, tylko dlatego, że drzewo rośnie w zasięgu ręki i ma w lokalnej tradycji swoją wagę.
Mieszanka wiccy i czarostwa tradycyjnego jest w tej książce nie teorią, tylko biografią. Kto szuka czysto folklorystycznego, „pre-wiccańskiego” czarostwa bez koła roku i języka inicjacji, usłyszy tu drugą nutę. Kto szuka wyłącznie klasycznej wiccy gardneriańskiej albo aleksandryjskiej, też nie dostanie podręcznika kowenu. Morgan stoi pomiędzy, w Devon, z rękami w materiale.
Autorka nie wykłada animizmu jako systemu filozoficznego. Pokazuje go w geście: morze ma pływ, wrzosowisko ma nastrój, przedmiot zrobiony z lokalnego drewna nie jest pustym rekwizytem. Książka pokazuje inne oblicze czarostwa niż większość popularnych pozycji.
To zdanie jest ważne, bo opisuje lukę, a nie kompletność. Lustro czarownicy nie zapełnia półki. Wskazuje, że półka była krzywo ułożona.

Czego od niej nie wymagać
Czego książka nie robi, warto powiedzieć pełnym zdaniem, bo marketing sklepowy czasem to zaciera. Nie jest wyczerpującym kompendium historii czarostwa, nie jest kursem kabały, astrologii ceremonialnej ani zielnika kompletnego, nie rozstrzyga sporów między tradycjami, nie zastąpi pracy z nauczycielem, kowenem albo wieloletnim byciem w terenie. Nie jest też, wbrew niektórym opisom handlowym, „obowiązkową pozycją dla wszystkich interesujących się czarami”. Jest obowiązkowa tylko dla kogoś, kto szuka właśnie tego gatunku: portretu praktyki, nie systemu.
Hutton chwali inteligencję i oryginalność. Książka jest oryginalna właśnie dlatego, że nie udaje, iż ogarnia wszystko. W polskim kanonie ezoterycznym wciąż łatwiej o tom, który obiecuje dwanaście lekcji, niż o tom, który pokazuje, jak jedna kobieta z Devon wiąże sznurek i słucha morza.
Są też ograniczenia kulturowe. Krajobraz Morgan to wrzosowiska, klify i pływy Atlantyku. Czytelnik z bloku w polskim mieście nie znajdzie tam gotowej instrukcji „jak zrobić to samo na balkonie”. Znajdzie metodę: patrz, skąd jesteś, z czego jest twoje miejsce, co w nim już mieszka. Książka nie zrobi tej pracy za niego. Może tylko pokazać, że praca istnieje.
Warto otworzyć to wydanie Fosforos
Książka ma sens, kiedy ktoś chce zobaczyć, jak wygląda praktyka jednej doświadczonej czarownicy z południowo-zachodniej Anglii, a nie dostać system na dwanaście tygodni. Ma sens, kiedy kogoś naprawdę interesuje magia miejsca, animizm i robienie narzędzi z tego, co leży pod nogami, ma sens na początku drogi, jeśli początek ma być raczej odczuciem praktyki niż teorią stopni. Ma sens później, jeśli ktoś z praktyką szuka inspiracji, a nie checklisty.
Mniejszy sens ma dla kogoś, kto chce twardego kompendium, czysto tradycyjnego czarostwa bez wiccy, albo książki wyłącznie o lustrze jako narzędziu wróżebnym. Mniejszy sens ma też wtedy, gdy ktoś ocenia wartość tomu liczbą stron i tabel. Lustro czarownicy jest krótkie. Albo ktoś wchodzi w ten rytm, albo wychodzi zirytowany, że „nic tu nie ma”. W drugim przypadku zwykle szukał innej książki pod tym samym tytułem.
Warto czytać ją powoli. Nie dlatego, że język jest trudny, lecz dlatego, że gesty, które opisuje, giną przy czytaniu „do poduszki na raz”. Zdjęcia narzędzi, jeśli w danym egzemplarzu są dobrze złożone, służą temu samemu: zatrzymać wzrok na przedmiocie, który ktoś zrobił rękami, a nie wygenerował jako estetykę.
Lustro czarownicy nie uczyni nikogo czarownicą. Żadna książka tego nie robi. Może jednak, jak napisał jeden z czytelników, zwieść do morza i wiatru. W kraju, w którym ezoteryczna półka puchnie od powtórzeń, taki skutek uboczny jest rzadki i dlatego ten tom Fosforos wciąż krąży.
To nie recenzja, która obiecuje cud. To opis książki, która trwa sto pięćdziesiąt sześć stron i zostawia po sobie ochotę na klif. Jeśli po takim opisie ktoś i tak sięgnie po encyklopedię korespondencji, dobrze. Jeśli sięgnie po własne sznurki, kamienie i miejsce, w którym naprawdę mieszka — wtedy Lustro czarownicy zrobiło to, do czego zostało napisane.

