Zdarza się książka, po którą nikt nie ustawia się w kolejce, a potem człowiek czyta notkę o autorze i myśli: zaraz, to naprawdę ten sam facet? Internista, chirurg, urolog, powstaniec, a na końcu życia siada i tłumaczy Polakom, czemu wątroba ma być drzewem. Właśnie dlatego warto sięgnąć po Prawo pięciu przemian Jana Pincela. Nie dlatego, że to wielki hit. Dlatego, że rzadko ktoś z takim życiorysem bierze się za chińską mapę ciała i próbuje opowiedzieć ją zwykłym językiem.
Jan Pincel urodził się w 1925 roku. Wojna, szkoła sanitarna, studia medyczne w Warszawie, dyplom w 1950. Powstanie Warszawskie i odznaczenia, które w biogramie nie wyglądają na ozdobnik. Potem laboratorium, fizjologia, chemia fizjologiczna, hematologia. Specjalizacje jak z innej epoki: analityka, interna, chirurgia, urologia. Szpitale w Radomiu, Pruszkowie i Warszawie. Kolej, statek, kontrakty w Iraku i Libii. Facet widział ciało od strony skalpela i od strony wyniku z pracowni.
I nagle, dość późno, akupunktura. Kursy z wykładowcami z Chin, Korei i Wietnamu. Wyjazd do źródeł. Wykłady. Konsultacje przy filmie Rajski Ptak. Kilka własnych książek o pięciu elementach i o diagnostyce. Gdy w 2021 roku ukazuje się to wydanie, autor ma dziewięćdziesiąt sześć lat.
Da się to czytać chłodno. Da się też wyobrazić sobie człowieka, który przez pół wieku uczył się, że choroba ma adres w narządzie, a potem dostaje drugą mapę i nie potrafi jej odłożyć. Ta druga mapa mówi: serce to ogień, śledziona to ziemia, płuca to metal, nerki to woda, wątroba to drzewo. I że te rzeczy karmią się albo gaszą nawzajem jak pory roku. Dla kogoś po sali operacyjnej to albo herezja, albo olśnienie. Pincel wybrał drugie i spróbował to opisać.
Kompendium wiedzy
Wprowadzenie do tradycyjnej medycyny chińskiej od strony prawa pięciu przemian. Czyli od tej dziwnej, a po chwili bardzo logicznej idei, że świat i ciało kręcą się w pięciu jakościowych ruchach. Yin i Yang są tu parą, od której wszystko się zaczyna. Potem z tej pary wychodzą ziemia, metal, woda, drzewo i ogień. Każdy ma swój narząd. Między narządami ma dziać się to samo co w przyrodzie: jedne rzeczy karmią drugie, inne je hamują. Gdy ten obieg się zacina, człowiek zaczyna chorować. Pincel chce pokazać, jak tę siatkę czytać przy diagnostyce i przy akupunkturze.
Jedna rzecz jest pewna mocniej niż reszta. Są w niej narządy pełne i puste, zmysły, tkanki, pory dnia i roku, klimat, strony świata. Jest też cykl, w którym jedna faza karmi następną. Czyli to nie sam gawędziarski esej. Jest w środku mapa, przy której można usiąść z ołówkiem.
Najprzyjemniej robi się wtedy, gdy pięć faz przestaje brzmieć jak magia. Drewno to wzrost. Ogień to rozbłysk. Ziemia to środek i trawienie w szerokim sensie. Metal to ściąganie, oddzielanie, jesień. Woda to zapas i głęboki spód. Potem człowiek patrzy na własny tydzień i nagle widzi, że wiosną chce mu się zaczynać, w grudniu chce mu się chować, a po ciężkim słodkim obiedzie robi się ociężały jak po zbyt dużej dawce „ziemi”.
Dwa obiegi zapamiętuje się szybciej, niż się człowiekowi wydaje. Jeden karmi: woda poi drzewo, drzewo karmi ogień, ogień zostawia ziemię, ziemia rodzi metal, metal skrapla wodę. Drugi hamuje, żeby nic nie wybujało w kosmos. Drzewo orze ziemię, ziemia pije nadmiar wody, woda gasi ogień, ogień topi metal, metal przycina drzewo. W zapowiedzi Pincela wraca język rodziny. Matka karmi dziecko. Jeśli dziecko słabe, wzmacniasz matkę. Jeśli dziecko wyciąga za dużo, stawiasz granicę. Brzmi jak opowieść przy stole. W gabinecie TCM tak się naprawdę układa zabieg.
I właśnie tu ta książka może złapać kogoś, kto nigdy nie zamierzał zostać terapeutą. Bo nagle ciało przestaje być listą objawów z ulotki. Zaczyna być pogodą.

Igła, nie przepis na zupę
Gdyby Pincel napisał kolejną książkę o tym, w jakiej kolejności wrzucać marchew do garnka, w Polsce miałby łatwiej. On idzie w stronę akupunktury. To pasuje do jego drogi. Kursy, podróże, meridiany, punkty na skórze.
W tym świecie energia ma obiegać ciało po stałych drogach i w ciągu doby odwiedzać kolejne narządy. Diagnostyka to nie tylko krew z żyły. To też język, puls, pytanie, jak ktoś śpi, złości się, trawi i marznie. Czy Pincel uczy tego tak dokładnie jak grube podręczniki ze szkół TCM, nie wiadomo. Wiadomo, że nie zostawia teorii na półce z filozofią. Chce, żeby dało się z niej korzystać.
Dla mnie najciekawsze jest właśnie to spotkanie dwóch słowników. Jeden mówi: tu jest wątroba, tu jest kamień, tu jest wynik. Drugi mówi: tu jest drzewo, które nie może się rozprężyć. Autor zna oba. Dlatego ta książka smakuje inaczej niż broszura z internetu napisana przez kogoś, kto wczoraj odkrył Yin i Yang.
Tradycyjna medycyna chińska ma swoją logikę i swoje granice. Część zastosowań akupunktury współczesna medycyna traktuje poważnie, zwłaszcza przy bólu. Inne twierdzenia zostawia w strefie „ciekawe, ale nieudowodnione tak, jak udowadnia się hormon”. Pincel nie wygląda na kogoś, kto przyszedł tę wojnę rozstrzygnąć. Wygląda na kogoś, kto znalazł mapę i chce ją pokazać.
I dobrze. Czasem najlepsza książka na start nie jest najgrubsza. Jest tą, po której człowiek w ogóle chce iść dalej.

Komu to wcisnąć do ręki
Temu, kto lubi historie ludzi, nie tylko systemy. Kto słyszał o pięciu przemianach przy diecie i chce wreszcie zobaczyć, skąd się to wzięło. Temu, kto nie boi się małego wydawnictwa i starego lekarza piszącego pod koniec drogi. Temu, kto po pracy chce poczytać coś, co przestawia meble w głowie, ale nie wymaga dyplomu sinologa.
Nie wcisnąłbym tego w ciemno osobie, która potrzebuje od razu podręcznika do egzaminu albo pewności opartej na badaniach z ostatniej dekady. Do tego są inne półki. Ta książka jest od czego innego. Od zaciekawienia.
Na koniec bez patosu
Prawo pięciu przemian nie udaje, że zmieni wam życie w weekend. Jest skromna, trochę poza nurtem, napisana przez człowieka, który zdążył być lekarzem na kilka sposobów, zanim wziął do ręki chińską siatkę pór roku i narządów. Jeśli lubicie książki z charakterem, nie z marketingiem, to właśnie taki tytuł. Otwieracie. Patrzycie na tabelę. Myślicie o własnej wątrobie jak o drzewie, które albo ma miejsce, żeby rosnąć, albo się dusi. I nagle chce się czytać dalej…

